Nazwy są różne – u mnie w domu zawsze mówiło się faworki. Pięknie też chrust nazywają Anglicy: angel wings … Jednak beż względu na nazwę, faworki są pyszne i żeby nie były tak tuczące, z pewnością robiłabym je częściej 🙂
Z racji zbliżającego się Tłustego czwartku, proponuję Wam dzisiaj przepis właśnie na faworki, ale przepis wyjątkowy. Pochodzi on ze starego zeszytu mojego dziadka, który w czasie wojny został wywieziony na roboty do Niemiec. Tam każdą wolną chwilę poświęcał na zapisywanie ciekawych receptur. Ten zeszyt, to jedyna pamiątka po dziadku, jaka mi pozostała, więc jest dla mnie ogromnie cenny.